Żeby było ... jak w Polsce

      Msza trwa już kilka, może kilkanaście minut. Do kościoła wchodzi mężczyzna w średnim wieku. Rozgląda się na prawo, na lewo, zbliża do ołtarza, tam przystaje, ale nie klęka. Wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów; jednego odpala od świecy. Konsternacja. Podbiega do niego kościelny i z przejęciem zwraca uwagę:

      - Co pan robi, przecież to świątynia!

      - No to co? - dziwi się obcy.

      Skandal, nietakt, brak kultury??? Bez wątpienia, ale tym razem naganne zachowanie nie wywołuje oburzenia odprawiającego mszę księdza proboszcza Andrzeja Grzybowskiego.

      - ...Bo nie można mieć pretensji do kogoś, kto znalazł się pierwszy raz w życiu w jedynej w mieście katolickiej świątyni i to udostępnionej wiernym zaledwie przed paroma tygodniami po kilkudziesięcioletniej przerwie(!!!) - usprawiedliwia kapłan. - Wielu parafian na początku nie tylko nie potrafiło się zachować, nawet nie wiedzieli, co to znak krzyża, ze zdziwieniem dopytywali o postaci na obrazach; wyjaśniałem: to Matka Boska, a to Chrystus...

      Dziś ksiądz proboszcz Andrzej Grzybowski z Poręby, gmina Brańszczyk, wspomina z dystansem szokujące zdarzenia ze swojego kilkunastoletniego pobytu w Rosji. Wtedy jednak, na początku lat dziewięćdziesiątych, chwilami wydawało mu się, że śni, że reakcje i niewiedza, z którymi się styka nie występują w realnym świecie. A jednak... w Permie na Uralu oddalonym od Moskwy tysiąc dwieście kilometrów, jak w setkach miast i miasteczek made in ZSRR, tak było naprawdę. Skąd ludzie mieli wiedzieć „jak”, skoro od dawien dawna nie mieli, gdzie praktykować.

      Katolicki kościół funkcjonował w Permie od 1875 roku. Wybudowali go zesłańcy. W 1936 roku władza radziecka aresztowała i osadziła w sybirskim łagrze ówczesnego proboszcza, a budynek świątyni przekazała, jak na ironię, towarzystwu głuchoniemych. Głucha była przeszło pół wieku! Na nic zdawały się prośby mieszkańców o reaktywowanie kościoła. Przywrócono go w Permie dopiero w roku 1993, po 57 latach(!) i to w ogromnej mierze dzięki staraniom arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza odpowiedzialnego za kościół katolicki w europejskiej części Rosji. To właśnie on, kiedy zjawił się u niego w Moskwie ksiądz Grzybowski z pytaniem, gdzie przyjdzie mu pełnić duszpasterską misję, arcybiskup rozłożył wielką mapę Związku Radzieckiego, wskazał palcem maleńki punkt i rzekł: to Perm, stolica Zachodniego Uralu, tam nas potrzebują.

      Potrzebowali, ale nie dawali wiary, że ich marzenie kiedykolwiek się spełni. Aż nastał 7 października 1993 roku. Tego dnia o godzinie dziewiętnastej na dworzec kolejowy w Permie, szlakiem transsyberyjskim, tym samym, który dziesiątki tysięcy Polaków przemierzało w drodze na zesłanie, dotarł pasażerski pociąg z Moskwy, a w nim proboszcz Andrzej Grzybowski. Na peronie witała go grupka parafian. Zdawali się być szczęśliwi, choć chyba nie do końca ufali w powrót upragnionego kościoła. Najgorsze jednak, że ów sceptycyzm zaważył na przygotowaniach do przyjęcia księdza, zapewnienia mu odpowiednich warunków pracy i życia. Kiedy zapytał o lokum, usłyszał, że na razie może zatrzymać się w mieszkaniu parafian, którzy na kilka dni wyjechali.

      - Co potem?

      - Potem to ksiądz już musi sam sobie radzić.

      Pierwszą noc w obcym mieście, w obcym domu wspomina po dziś dzień:

      - Przebudziłem się i poszedłem do kuchni po wodę. W zlewie zobaczyłem setki grasujących karaluchów - nazywają je tarakanami - poczułem dreszcz... Nie przewidywałem, że i do takiej rzeczywistości będę musiał przywyknąć. Karaluchy to w Permie plaga.

      Przekonywał się o tym zmieniając mieszkanie jedno po drugim, we własnym osiadł dopiero po roku. „Tułaczka” nie zaważyła na codziennej pracy. A ta była nadzwyczaj wyczerpująca, wymagała – bagatela - zorganizowania kościoła na nowo. Czerwoni skonfiskowali nawet wyposażenie. Udało się i to tylko dzięki nadzwyczaj dobrym relacjom między władzami miasta a związkami wyznaniowymi odzyskać kapę, ornat, kilka pelerynek dla ministrantów i cztery figury ewangelistów. Całą ogromną i niezbędną resztę trzeba było odtworzyć, kupić, uszyć, zrobić... Dobrze, że przynajmniej gmach kościoła przetrwał w niezłym stanie. Ileż podobnych zamienionych na spichlerze, magazyny uległo w innych miastach totalnej dewastacji.

      W Permie gruntownej renowacji wymagał za to przykościelny dziewiętnastowieczny cmentarz z mogiłami zesłańców i księdza Antoniego Juliana Czostakiewicza, pierwszego proboszcza. Jego grób do momentu przyjazdu księdza Andrzeja Grzybowskiego pełnił niezwykłą rolę... Nad płytą z wygrawerowanymi imieniem oraz nazwiskiem wierni brali śluby i spowiadali się.

      Brzmi nieprawdopodobnie, ale wielu Polaków wprost marzyło, choćby o takim nietypowym konfesjonale...

      - Przyjechał do mnie kiedyś pewien mężczyzna i błagał bym wyspowiadał w domu jego chorą matkę, udzielił jej komunii świętej. Mieszkała trzysta kilometrów od Permu. Był akurat grudzień, zima, straszny mróz, nie miałem jeszcze własnego samochodu. Wsiadłem więc w nieogrzewany autobus i po iluś godzinach dotarłem pod wskazany adres. Przemiła staruszka urzekła mnie i zaskoczyła: obowiązujące podczas spowiedzi formuły wygłaszała piękną polszczyzną. Po mszy opowiedziała mi swoja historię. Miała dziewięć lat, gdy zesłano ją wraz z rodziną za Ural. Wywózka nastąpiła w dniu, w którym miała przystąpić do pierwszej komunii. Od tamtej pory codziennie przez kilkadziesiąt lat zamiast pacierza powtarzała: przystępuję do spowiedzi świętej, pana Boga obraziłam w następujący sposób... Wierzyła do końca, że nadejdzie taki dzień, w którym wyspowiada się księdzu znad Wisły. I nadszedł!!! Dla tej chwili - dzieli się refleksją proboszcz Grzybowski - warto było nie tylko pokonać mroźne trzysta kilometrów, ale w ogóle znaleźć się w Rosji. Tęsknota zesłańców jest niewyobrażalna, kto się z nimi nie zetknął, nigdy tego nie pojmie. Pamiętam, jak po powrocie z wycieczek do Polski, które organizowałem rodakom z Permu i okolic, mówili: teraz już możemy spokojnie umierać - dobitny to dowód nostalgii. Jeden z moich parafian, znakomity lekarz Franciszek Boczkowski całe lata marzył, by osiąść w Polsce na stałe, mówił: w ojczyźnie to i za stróża mogę robić. Otrzymał, co prawda ofertę z radzieckiej armii, obietnicę służbowego przeniesienia do Polski, ale pod warunkiem, że zmieni nazwisko na bardziej rosyjskie. Nigdy!!! – wykrzyczał i tęsknił dalej. Pomagałem mu nawet załatwić pracę i mieszkanie w Polsce, niestety nie wyszło. Dziś już za późno - ciężko się pochorował.

      Proboszcz Andrzej Grzybowski od pierwszej chwili pobytu w Permie spędzał z wiernymi moc czasu. Zdobył ich przyjaźń, zaufanie. Opowiadali mu najskrytsze historie ze swojego życia. Któregoś dnia przed Bożym Narodzeniem odwiedziła go czterdziestokilkuletnia kobieta.

      - Powiem księdzu coś - rzekła - co pozwoli lepiej - zesłańców - rozumieć. Nasi rodzice, dziadkowie, marzyli nie tylko o Polsce, ale o tym, co polskie, bali się mówić w ojczystym języku przy własnych dzieciach, bo te nieświadome mogłyby komuś powtórzyć, a wówczas... NKWD i wiadomo. W moim domu na przykład przez długie lata, zawsze 24 grudnia siadaliśmy z sąsiadem, panem Iwanem, do uroczystej kolacji. Pytałam mamę, jaka to okazja. Odpowiadała: imieniny pana Iwana. Wtedy pytałam, a po co to sianko pod obrusem? A po to, żeby pan Iwan miał gdzie oprzeć zmęczone ręce...

      Kobieta żyła w nieświadomości kilkanaście lat! Dziś wraca do wspomnień, bo nie sposób takich wymazać z pamięci.

      Pragnienie tego, co polskie zakorzenione jest w rodakach mieszkających na obczyźnie szczególnie silnie. Proboszcz doskonale pamięta, jak mniej więcej po swoim rocznym pobycie, zwrócili się do niego parafianie i powiedzieli: proszę księdza, ale my to byśmy chcieli, by obowiązywały w naszym kościele takie zwyczaje, jakie obowiązują w Polsce.

      - No przecież wszystko jest tak samo – odrzekł proboszcz.

      - No właśnie nie!

      - A co jest inaczej - spytał zdziwiony ksiądz.

      - W Polsce to się zbiera na tacę, a tu nie.

      - Nie chciałem od Was brać pieniędzy, bo wiem, że bardzo skromnie żyjecie. Skoro jednak sami z tym przychodzicie, będę zbierał. To znaczy ktoś z was musi się tym zająć, bo sam ze wszystkim nie poradzę.

      I zaczęli zbierać, i już było jak w Polsce!